Ciąża,  Kobieta,  Macierzyństwo,  Mama,  Poród

SIŁA jest KOBIETĄ – o moim porodzie i wsparciu kobiet

Marzec to wyjątkowy miesiąc, w którym oprócz DNIA KOBIET, w mojej rodzinie przyszły na Świat ważne dla mnie osoby – również KOBIETY. Moje obie kochane Babcie, Mama mojego męża.  W miesiącu marcu urodził się mój brat. Ostatnio wspomniane w poście bliskie mi kobiety powitały już na świecie swoich synów – gratuluję Wam kochane !

W marcu też, rok temu, okazało się, że moje – nasze życie, diametralnie się zmieni. To wtedy dowiedziałam się, że noszę pod serduszkiem maleństwo. Dlatego też chciałabym ten post złożyć w hołdzie wszystkim Kobietom, dzięki którym ostatni rok był dla mnie piękny i dobry, mimo panoszącej się za rogiem pandemii. A Wam Kochani opowiem o sytuacjach, w których na kobiety jak nigdy mogłam liczyć, o sytuacjach, które często mnie samą zaskakiwały, napawały optymizmem i dodawały otuchy – to, czego najbardziej było mi trzeba w tym czasie.

Ciąża w cieniu pandemii

Ale od początku. Kiedy zaszłam w ciążę, choć szykowałam się na nią jakiś czas, miałam w głowie pełno obaw, pytań, których niestety nie mogłam na bieżąco konsultować podczas spotkań z przyjaciółmi i bliskimi, bo były one ograniczone przez pandemię. Odnalezienie lekarza prowadzącego stało się nie lada wyzwaniem, bowiem większość przychodni , nawet prywatnych, nie przyjmowała wizyt. Strach mnie obleciał, czy to tak teraz będzie wyglądać mój piękny czas ciąży, na który tyle czekałam? W marcu, z pierwszym lock downem, pojechałam do rodziców, którzy mieszkają poza miastem. Tam mogłam wyłączyć się od miejskiego zgiełku, żeby dać Maleństwu pod moim serduszkiem trochę spokoju.

Matczyna troska

W tamtym czasie wszyscy byliśmy bardzo zdenerwowani sytuacją na świecie. Moja Mama, która jest nie mniej wrażliwa ode mnie, chowała swoje lęki, aby dać mi jak największe poczucie bezpieczeństwa. Kiedy tylko dowiedziała się, że zostanie Babcią, założyła na Nas taki niewidzialny pancerz, który do dzisiaj nas chroni i daje ukojenie. Sama przypłaciła to zdrowiem – przy stoliku nocnym pojawiły się tabletki na nadciśnienie  – niewątpliwie efekt chronicznego stresu. Dopóki nie pojawiła się Buba na świecie, nie do końca rozumiałam te matczyne poczynania, które często wydawały mi się abstrakcyjne, często sprzeczne z okolicznościami. W tej bezpiecznej bańce Mama prowadziła mnie do samego rozwiązania – nie dając po sobie poznać stresu jaki przeżywa i wszelkich trosk.

Forum przyszłych mam

Jak już wspominałam we wcześniejszych wpisach – czas ciąży wykorzystałam na rzetelne przygotowanie się na nadchodzące zmiany – kiedy mdłości i wymioty nie ustępowały – zdecydowałam się odpuścić pracę i udać na ostatnie „wakacje” od życia. Nie chciałam zamęczać moich Przyjaciółek tematem ciąży bo wiem, że bywa on dla innych nużący, a ciężarna myśli przez chwilę jakby była pępkiem świata – i ma do tego niepisane prawo! Z dzieckiem w środku, na miłość Boską!, trochę królewskiego życia można sobie podarować. Więc kiedy to już nie chciałam zamęczać Przyjaciółek tym, jak to mi niedobrze, jak to przytyłam, a co kupiłam pięknego dla maleństwa, a ile to jeszcze czasu mi zostało, ple ple ple… zajrzałam na forum internetowe, gdzie równie sfiksowane jak ja ciężarne dzieliły się swoimi opiniami odnośnie szpitali w moim mieście. Sytuacja była dynamiczna, bo niektóre porodówki zostały zamknięte na czas szpitalnej kwarantanny.

Na tym właśnie forum, z brzuchem wielkości arbuza, zmęczona pytaniami czy już rodzę, a tym samym czująca się jak tykająca bomba, podzieliłam się frustracją związaną z moim upływającym terminem rozwiązania. Wtedy jedna z przyszłych Mam napisała do mnie wiadomość prywatną i tak zaczęłyśmy sobie wzajemnie „madkować”. Już po 5 minutach rozmowy wiedziałam, że mam po drugiej stronie gadułę jeszcze większą ode mnie. Co ciekawe, dziewczyna, która mnie w ogóle nie znała, była święcie przekonana, że urodzimy razem. Preferencje co do szpitala miałyśmy rzeczywiście podobne, termin minął nam tego samego dnia, ale szanse, że trafimy na siebie w tym samym miejscu i w tym samym czasie były dla mnie wątpliwe.

Oszukać przeznaczenie?

Nowa znajoma bombardowała mnie wiadomościami przez 3 dni, aż w wieczór Andrzejkowy poinformowała z radością, że odeszły jej wody i zbiera się od szpitala, gdzie będzie na mnie czekać. Wyobraźcie sobie moją reakcję, kiedy 4 godziny później obudziłam się w łóżku myśląc, że nie zdążyłam do toalety. Uśmiechnęłam się sama do siebie, zjadłam ostatnie wykwintne śniadanie (o 5:00 nad ranem!), pożegnałam czule z psem i pojechaliśmy pod szpital. Ten sam, gdzie moja koleżanka „grzała mi miejsce”.

Po badaniu zaprowadzono mnie na salę na oddziale patologicznym (wody odeszły ale przede mną był dłuuuuugi poród). A tam poznałam Dziewczynę ze zdjęć (no chyba logiczne, że przejrzałam je wszystkie, a może to jakaś psychopatka?). Zaufałam jednak mojej intuicji, która podpowiadała mi, że to dobra kobieta. Nie pomyliłam się. Z Kamilą spędziłyśmy kilka godzin na rozmowach, śmiechach zapominając na chwilę, dlaczego się tam w ogóle znalazłyśmy. Kiedy w końcu mojej sąsiadce pojawiły się pierwsze skurcze okazało się, że umiem zachować zimną krew! Luuuudzie! Nadmienię tym, którzy mnie nie znają osobiście – mdleję na widok igły (DOSŁOWNIE). Wtedy wyszła ze mnie pierwszorzędna sanitariuszka. Wyobraźcie sobie, ze wszystkie książki ciążowe, warsztaty z oddechu, techniki masażu relaksacyjnego – to wszystko wyciągałam z kieszeni jak przed jakimś ważnym egzaminem, starając się ulżyć choć odrobinę w tych „mękach”. Jesteśmy tu przecież zdane na siebie – kobiety! (Porody rodzinne były wtedy wstrzymane z racji na pandemię). Kamila trafiła na porodówkę i chwilę później na Świecie powitała swoją pierwszą Córeczkę – Maję.

Cuda się zdarzają

Kolejne godziny czekałam sama, słuchając tych zwierzęcych wręcz krzyków z sal porodowych i z minuty na minutę mój heroizm się ulatniał. Kiedy podjęto decyzję o podaniu oksytocyny zrozumiałam, że moje szpitalne półkolonie dobiegły właśnie końca i zacznie się prawdziwy obóz survivalowy. Nie miałam wynajętej położnej, więc modliłam się w duchu, aby Pani Położna, która zostanie mi przydzielona -była choć odrobinę „człowiecza”.

Kochani ! Nie będę Wam krok po kroku opisywać co się działo za drzwiami sali porodowej, bo wiem, że każdy inaczej przechodzi poród, inne emocje są z każdym obecne, różne sytuacje występują w jego trakcie. Byłam wdzięczna, że to Pani Małgosia była przy mnie, może ją wymodliłam, a może wymodliła ją Moja Mama, której tego dnia nerwy puściły i pozwoliła sobie na płacz. Mój poród podobno nie należał do najłatwiejszych, zakończony po 30h cesarskim cięciem. Ale traumy żadnej nie mam, a zawdzięczam to moi drodzy KOBIETOM ! Wszystkim, które mnie wspierały. Mojej Mamie, mojej Siostrze, moim Babciom, Teściowej, Szwagierce, Ciociom, Kuzynkom, Przyjaciółkom, Położnym.

Nie miałam pojęcia, dopóki nie pojawiła się na świecie Laura – bo to jest prawdziwe imię mojej Córki – jak silna potrafi być KOBIETA. 9 miesięcy noszenia pod sercem małego człowieka, odbijanie od siebie wszystkich niebezpieczeństw, które mogą mu zagrozić. Następnie niesamowity wysiłek fizyczny, z jakim zmierzają się Kobiety na porodówce, aż po wejście z tym zmęczeniem w nową rolę – Matki. Zrozumiałam to dopiero, kiedy już miałam moją Córeczkę w objęciach. Że jestem silną Osobą, otoczoną wspierającymi się, cudownymi Kobietami.

Dziękuję Wam, że pomogłyście mi to odkryć i obiecuję, że zrobię co w mojej mocy aby moja Córka dostała tę siłę w swojej wyprawce na życie.

Ściskam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *